Witamy na portalu! -
Odkrywcy
Grób Fryderyka Chopina na Cmentarzu Pere Lachaise. Fot. wikipedia.org

Requiem dla geniusza

Źródło: Marek S. Ostas / "Tak i Nie"
28-09-2009 14:50 przez Michał Mistewicz

Jesienią jest tutaj szczególnie smutno - jak w trzecim motywie Sonaty No. 2 b-moll op.35, poprzedzonym dwoma epizodami muzycznego dramatu, którego kulminacją jest wizja śmierci. W chłodnym deszczu pochylona nad strzaskaną lirą Muza robi wrażenie jeszcze uboższej niż wtedy gdy niebo nad cokołem przysłania zieleń zasłuchanego w wietrze drzewa.

Cmentarz Pére Lachaise, najstarszy i największy w Paryżu, rozciąga się na powierzchni 47 hektarów, kryjąc w pochyłości wzgórza Mount St. Louis szczątki wielu najznakomitszych: Moliére'a, La Fountaine'a, Wilde'a, Piaff, Delacroix, Bizzeta, Hugo, Colette, Balzaca, Bernhardt... Składają im tutaj wizyty przybysze z całego świata, myszkujący pośród grobów wysokich jak telefoniczne budki (lubią w nich drzemać dzikie koty).

Do Jego mogiły trafia każdy choć nie jest ona ani imponująca, ani monumentalna. Nie znajduje się również przy głównej alei. W zakręcie wąskiej, obrośniętej zielskiem ścieżki, już od nagrobka Cherubiniego widać jednak biało-czerwone bukiety. Tej jesieni, 134 od śmierci, na grobie Fryderyka Chopina jest ich znowu dużo.

"Jakże mi okropnie będzie widzieć zamiast rodziny zimnego doktora albo służącego przy łożu śmiertelnym". Tak pisał Chopin mając lat 20 na krótko przed opuszczeniem Warszawy. Ale we wrześniu 1849 r. lęk przed śmiercią wśród obcych nie martwił go już bardzo. Lekarze zalecili mu, by przeniósł się z podmiejskiego Chaillot do centrum Paryża. W nowym pięciopokojowym apartamencie z oknami na ciepłe południe przy 12 Place Vendôme, który w odróżnieniu od poprzedniego na Placu d'Orléans nie nosił wspomnień bytności George Sand, otoczyli Chopina troskliwi przyjaciele: księżna Marcelina Czrtoryska (jedna z jego uczennic), stary przyjaciel August Franchomme, Adolf Gutmann (studiował u kompozytora będac 15-latkiem) oraz Ludwika Jędrzejewiczowa.

W połowie października dołączyła także Delfina Potocka, do której Chopin miał pisać owe zmysłowe strofy odkryte w 1945 r. i ciągle budzące wiele wątpliwości co do tego czy są autentyczne. Urodziwa hrabina przerwała swój pobyt w Nicei, by czuwać u wezgłowia gasnącego kochanka i zaśpiewać mu kilka pieśni. Z końcem września Chopin pluł krwią codziennie. Komunikował się szeptem, z trudnością wymawiając poszczególne słowa. Był tak słaby, że mógł zaledwie przejść z łóżka do okna. Pomimo wyczerpania nalegał jednak, by każdego ranka golić go i czesać. Po kilku następnych dniach nie mógł już siedzieć bez podtrzymania. Konwersował jedynie za pomocą gestów i uśmiechów, Ludwika nie opuszczała go w dzień i nocą.

Między 14 a 15 października miały miejsce ostatnie oględziny lekarza, po których dr Cruveilhier zasugerował Ostatni Sakrament - propozycja dla polskich przyjaciół raczej kłopotliwa, bowiem wiedzieli, że ich rodak od dłuższego już czasu nie praktykuje swojej religii. Dylemat rozwiązał - nie bez dłuższej perswazji - dawny kompan Chopina, ksiądz Aleksander Jełowiecki, uzyskując w efekcie spowiedź konającego. W sąsiednich pokojach mieszkania tłoczyli się już liczni przedstawiciele paryskiej society; wielu sprowadzonych nakazem historii - oddanie hołdu "największemu muzykowi dusz". Powinnością niektórych grandes dames zdawała się być chwilowa utrata przytomności. Chopin, nie mogąc nic więcej, kwitował to wszystko kolejnymi spazmami kaszlu. Wreszcie Gutmann - jak pisze jeden z biografów - przepedził wszsytkich do diabła, Wieczorem dr Cruvellhier zbliżył ogień świecy do białej twarzy swojego pacjenta - Chopin nie zareagował: ale kiedy lekarz zapytał, czy cierpi, odpowiedź była wyraźna: "Już nie". Umarł o drugiej nad ranem, 17 października.

Francuskie gazety zamieszczały kwieciste nekrologi, jak na przykład ten z "Journal des Débats": Chopin był sam w sobie muzyką, sam w sobie natchnieniem: ledwie dotykał ziemi, po której chodził. W "Gazette Musicale" autorem wspomnienia był słynny krytyk Ernest Legouvé:

Geniusz trwał w półśnie do pierwszej nad ranem. Przed tą godziną był tylko sympatycznym pianistą... Najmniejszy detal był w stanie go urazić. Pamiętam jak pewnego dnia, kiedy wydawało mi się, że gra raczej nerwowo, zerknął w moim kierunku i dyskretnie wskazał na kobietę siedzącą naprzeciw fortepianu. Szepnął dyskretnie - to przez ten opierzony kapelusz tej pani! Jeżeli pióra nie wyjdą, nie będę mógł kontynuować. - Kiedy zaczął grać - ciągnął Legouvé - nigdy nie przerywał. Był wszak jeden sposób na odciągnięcie go od fortepianu: gdy poproszono by zagrał Marsza skomponowanego po polskiej tragedii (Etiuda "Rewolucyjna"). Nigdy nie odmówił, ale po ostatniej nucie brał zawsze swój kapelusz i wychodził. Ten utwór był dla Chopina pieśnią agonii jego kraju.

Do apartamentu na Place Vendôme przynoszono ciągle wiązanki kwiatów. - Zdaje się on spać w różanym ogrodzie - komentował wzruszony Liszt. Nie zabrakło również dziennikarzy i łowców pamiątek. Przyszedł także Clésinger, by wykonać maskę pośmiertną i odlew lewej dłoni. Odwiedzającymi opiekowała się niestrudzona Ludwika. Jej to zasługą jest ocalenie jedynej fotografii Chopina - starego dagerotypu (zdjęcie na posrebrzonej płycie mosiężnej), który na zamówienie Maurice'a Schlesingera (wydawca) wykonał niejaki L. A. Bisson. Siostra kompozytora zabrała ów wizerunek do Warszawy, skąd wiele lat później przemycono go do banku w Montrealu. Uchroniona w ten sposób pamiątka po wojnie wróciła do polskiej stolicy.

Chopin

Z pogrzebem czekano do 30 października, ponieważ tyle czasu trwało załatwienie zezwolenia arcybiskupa Paryża na udział żeńskich solistek w Requiem Mozarta (tak zażyczył sobie Chopin). W przewidywaniu sporej liczby osobistości zamierzających uczestniczyć w żałobnym ceremoniale, postanowiono wydrukować specjalne zaproszenia. Wiele osób uraziła tego rodzaju selekcja. Wielu zapomniano wysłać stosowne bileciki, a częśc muzyków prostestowała, argumentując, iż powinni mieć prawo złożenia hołdu koledze bez żadnym restrykcji. Oburzył się także Grzymała, ale z innego powodu. oto bowiem orkiestra i chór Konserwatorium - w przeciwieństwie do solistów - zażądali honorarium za swój występ w kościele. Ludwika musiała pożyczyć 5000 franków od jak zawsze szczodrej i jak zawsze oddanej Fryderykowi Jane Stirling.

Krótko przed południem w Egl de la Madeleine zebrało się blisko 3000 osób, podczas gdy dużo więcej wypełniło okoliczne ulice. Kościół został przybrany czarnym płótnem, podobnie i katafalk z posrebrzonymi inicjałami "F. C.". W trakcie wnoszenia trumny orkiestra grała "Marsza pogrzebowego" z Sonaty b-moll. Potem organista wykonał dwie transkrypcje preludium zmarłego kompozytora, a następnie zaczęto "Requiem" z solistkami zasłoniętymi kotarą. Godzinę później wyruszył kondukt, kierując się do wschodneij części Paryża - na cmentarz Pére Lachaise. Na czele procesji kroczył książe Adam Czartoryski, za nim jego syn Aleksander, mąż Marceliny, potem następni: Franchomme, Delacroix, Camille Pleyel, Gutmann, Ludwika Jędrzejewiczowa, Solange z mężem... Na końcu zaprzęgi arystokratów i notabli. George Sand pozostała w Nohant. Nad otwartą mogiłą nie było przemówień. Najbliżej stojący wrzucili kwiaty. Zewsząd dolatywały ciche popłakiwania. Wkrótce nad wykopaną dziurą zamknęło się szare niebo a zebranym dał się we znaki przenikliwy powiew wiatru. Niebawem wszyscy rozeszli się do swoich domów.

Jeszcze przed pogrzebem Chopina powstał komitet mający na celu ufundowanie monumentu, który ozdobiłby grób kompozytora. Przewodniczyli mu Pleyel i Grzymała. I w tym względzie z pomocą przyszła szczodra Stirling. To głównie dzięki jej kontrybucji w pierwszą rocznicę śmierci Chopina na wielkim cokole stanęła figura pochylonej Muzy dłuta Clésingera - artysty, którego Chopin nie mógł ścierpieć. Prawie natychmiast uznano, że statuetka nie jest miarodajnym hołdem dla wielkiego muzyka. Nie przeszkodziło to jednak temu, że stoi ona do dzisiaj. Wokół nagrobka rozsypano także grudki polskiej ziemi, które przesłała do Francji Ludwika (wróciła do kraju na początku 1850 r.).

Opuszczając Paryż siostra Chopina zabrała ze sobą m.in. urnę z sercem swojego brata (ukryła je posród ubrania) oraz paczuszkę listów Marii Wodzińskiej, jak również korespondencję George Sand. W listach od tej ostatniej był także lok jej włosów. Listy Aurory Dudevant, bo jak wiadomo, takie było prawdziwe nazwisko, pisane były oczywiście po francusku - języku, w którym rosyjscy celnicy byli najprawdopodobniej nie obeznani. Wiedziała więc, że będa podejrzliwi: listy trzeba będzie przetłumaczyć, ona sama straci kilkanaście godzin, a może i dni, zanim celnicy zezwolą jej na kontynuowanie podróży do warszawy... Zdecydowała, że zostawi je w depozycie u znajomych, którzy byli właścicielami gospody w pobliżu granicy.

Pięć miesięcy później w to samo miejsce - do Mysłowic - zawitał Alexandre Dumas - Młodszy. Ponieważ granica rosyjska była dla niego zamknięta (za sprawą hrabiego Dymitra Nesslerode, którego ekstrawagancką i urodziwą żonę Francuz właśnie ścigał), Dumas postanowił ukoić swoje amory w pobliskiej gospodzie, której właściciel pokazał mu pozostawiony przez Ludwikę pakunek. Nie tracąc czasu Aleksander poinformował o tym ojca.

Myslowitz, maj 1851

Podczas gdy mój ojcze, jadłeś kolację z Madame Sand, ja także byłem nią zajęty... Tylko wyobraź sobie! Mam, tutaj, w moich rękach, całą jej korespondencję z Chopinem, obejmująca okres dziesięciu lat! Zostawiam ci do odgadnięcia czy skopiowałem te listy, które są dużo bardziej interesujące, niż listy Mme de Sévigné. Posyłam ci notatnik, ponieważ niestety listy te zostały mi tylko wypożyczone. Jak to się stało, zapytasz, że tu w Mysłowicach, w głębi Śląska znalazłem kolekcję listów, które mają swój rodowód w Berry? (prowincja w środkowej Francji, na terenie której znajduje się m.in. Nohant - przyp. M.S.O.).

Wyjaśnienie jest dość proste. Po śmierci Chopina jego siostra znalazła je wśród papierów: zachowała, posegregowała i złożyła do własciwych kopert z największą lubościa i troską. Zabrała je ze sobą, ale gdy miała wyjechać do Polski, gdzie policja bez okazania jej najmniejszego poważania, czytała wszystko, co miała przy sobie - zostawiła listy u jednego z jej znajomych, który mieszkał w Mysłowicach. To jednak nie oszczędziło mu profanacji, czego dowodem fakt, że ja miałem do nich dostęp. Nic nie może być smutniejsze, bardziej wzruszające, wierz mi, że te listy z atramentem już wyblakłym, kiedyś były przechowywane i z rozkoszą otrzymywane przez dziś nieżyjącego...!

Przez moment powodowała mną ochota życzyć temu człowiekowi, który posiada te listy w depozycie - który jest moim przyjacielem - by umarł nagle. A ja, pozostając z nimi, będę je mógł zaoferować Madame Sand, która być może znalazłaby trochę przyjemności w ulżeniu jednej małej części umarłej przeszłości. Nikczemnik (mój przyjaciel) jednak jest przeraźliwie zdrowy i krzepki. Sądząc że wyjadę 15-go, zwróciłem mu wszystkie papiery, których nie miał ciekawości przeczytać nawet. Ta obojętność może się wydać mniej niesamowita, jeśli ci powiem, że jest on młodszym partnerem w exportowym interesie".  

Dumas - Starszy powiadomił George Sand o odkryciu syna. Odpowiedziała, ze chciałaby bardzo posiadać te listy. Dopiero jednak w kilka miesięcy póxniej, po wielu zawiłościach, udało jej się zrealizować swoje życzenie. wrzuciła je do ognia, obserwując jak pożółkły papier zamieniał się w garstkę popiołu.

Wróć



Podziel się:

Dodaj komentarz / napisz na forum / dyskutuj na czacie
maks. 500 znaków


Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami gości i użytkowników portalu. Wydawca portalu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Komentarze podlegają natomiast uregulowaniom Ustawy z dn. 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Patrz Regulamin Portalu
Popularne
Reklama
stat4u